Jak trafić na „Pierwszą stronę” – recenzja filmu „Shattered Glass”

“Shatteredttered Glass,” to film napisany i wyreżyserowany przez Bill-a Ray-a. Jego fabuła opiera się na artykule z czasopisma „Vanity Fair” napisanego przez Buzz-a Bissinger-a. Sam materiał dziennikarski skupia się na początkach i zakończeniu kariery młodego czarusia z redakcji New Republic. Celowo kreował on swoje artykuły, często od zera, w celu zwiększenia popularności swoich prac.
Film sam w sobie przypomina sztukę dziejącą się przed widzem. Jednocześnie prezentując mu dziennikarską rzeczywistość. Redakcja staje się dużą przestrzenią wypełnioną meblami biurowymi tworząc swoistą scenę, na której grają aktorzy – dziennikarze. Każdy pracujący nad swoją historią, która ma być opisana „na wczoraj”. Daje to oglądającemu wyjątkowy wgląd w pracę twórcy mediów, stawiając go w pozycji czasami rozbawionego, czasami oburzonego obserwatora.
Fabuła podąża za perypetiami jednego z lepszych aktorów na scenie New Republic. Stephen Glass grany przez Hayden-a Christensen-a jest typowym amerykańskim „genialnym dzieciakiem”, próbującym spopularyzować swoje nazwisko w brutalnym świecie dziennikarstwa. Od momentu, w którym poznajemy głównego bohatera wydaje się być tym rodzajem człowieka, którego wszyscy lubią. Rodzajem człowieka, który pracuje dla dobra redakcji i czytelnika. Wydaje się dziecięco niewinny jak szczeniak, który zawsze pragnie naszej uwagi. Ta iluzja podtrzymywana jest przez jego koleżanki z pracy, grane przez Chloë Sevigny i Melanie Lynskey. Dwie kompetentne dziennikarki matkują głównemu bohaterowi i próbują bronić go przed rzeczywistością; martwią się o jego przepracowanie i o to, że sam nie zna swojej wartości. Reszta kolegów go podziwia i nawet jeden z nich prosi go o korektę artykułu, wierząc w jego umiejętności bardziej niż w swoje. Nie jest to typowa sytuacji w redakcji. Ta ukazana jest na scenie Forbes Digital Tool. Tam aktorzy wygryzają od siebie dobry temat jak stado hien walczące o ostatni kawałek padliny. Każdy mający na względzie własne interesy.
Wszystko wydawało się piękne w życiu Stephen-a Glass-a. Dziennikarz zaślepiony wizją swojego sukcesu, sam zabawny, przekonujący i bystry jest w stanie daleko zajść w mediach. I właśnie tak było, dopóki historie tego autora nie okazały się wytworem fikcji, mającej na celu przykucie uwagi do swojego nazwiska. Gdy koledzy i przełożony ządają bohaterowi problematyczne pytania dotyczące jego artykułu, na wszystkie ma odpowiedzi. Oprócz jednego. Czy opisana historia jest w całości zmyślona?
Odpowiedź na to pytanie daje nam jedna ze scen, w której przełożony Glass-a grany przez Peter-a Saarsgard-a próbuje poznać szczegóły jednej z jego historii. Numery telefonów gubią się, a próby dzwonienia na nie, nie przynoszą żadnych skutków, ważne pliki zostają zostawiane w domu i ostatecznie okazuje się, że świadkowie opisanego wydarzenia nie istnieją. Atmosfera filmu drastycznie się zmienia. W widzu tworzone jest uczucie niepewności, bo oczywiście zdążyliśmy polubić Glass-a, a on widocznie znajduje się w tarapatach. W takich, w których czujemy bezradność, jak w trakcie egzaminu, na który się nie uczyliśmy, lub jak okazuje się, że zapomnieliśmy zrobić coś ważnego na bardzo konkretny deadline. W tej świetnej scenie jest parę przypadków, w których szef przybija podwładnego do ściany, tylko po to, żeby ten drugi odwiną się desperackim i idealnym zaimprowizowanym kłamstwem.
Ta niepewność utrzymywana jest do praktycznie samego końca, aż do rozwiązania akcji filmu. Dopóki Glass brakiem odpowiedzi nie jest w stanie potwierdzić prawdziwości artykułu. Wtedy gry i potyczki słowne kończą się. Następnym razem kiedy wcześniej wspomniani bohaterowie rozmawiają, obu reprezentują prawnicy.
Film przez mistrzowską grę aktorską, świetną opartą, na faktach fabułę i perfekcyjną scenografię tworzy obraz działającej jak dobrze naolewiona maszyna redakcji. W ostatnich latach mogliśmy zaobserwować wzrost popularności jednostek, które budują swoją karierę na kłamstwach. Ci kłamcy od zawsze byli na ogół lubiani oczywiście. Muszą być, lecz od czasu do czasu ich oszustwa wychodzą na jaw. Nie przez prawość i uczciwość redakcji dziennikarskich, ale często przez ich konkurencyjną i ciekawską naturę.
