Legenda Imprezy
Japończycy mają to do siebie, że czego by nie wymyślili – wyprzedza to swoje czasy o dobrą dekadę lub więcej. Czy to będą nowinki w świecie technologii, gadżety czy postęp w medycynie – wielokrotnie udowodnili nam, że ich potencjał i możliwości stale są poziom wyżej od znanej nam rzeczywistości. I choć to dość stereotypowe stwierdzenie nie zawsze musi być zgodne z prawdą, to wiem że większość z was choć trochę się z nim zgodzi.

Pomyślcie – kto nie korzysta w życiu codziennym z japońskiej technologii? Na pewno mieliście w ostatnim czasie styczność ze zdjęciami, zrobionymi japońskim aparatem lub grając w Fortnite’a wkurzaliście się na dzieci przeciwko którym graliście, podczas gdy w tle cichutko huczało chłodzenie waszego PlayStation. Ba, japońskim konsolom wiele dzieci, ale i dorosłych już ludzi, zawdzięcza jedne z najpiękniejszych wspomnień ze swojego dzieciństwa, a takie przykłady można wymieniać godzinami.
Na pewno też choć raz w życiu jechaliście japońskim samochodem. Pomyślcie – co zajeżdża pod klub o 3:00 w nocy, gdy ledwo stojąc na nogach przyzywacie anioła stróża w japońskiej Toyocie, który za skromną opłatą zadba o wasz powrót do domu (oczywiście pod warunkiem, że 20 szotów nie wymazało wam z pamięci adresu mieszkania). Te niepozorne samochody mają specjalne miejsce w sercach milionów ludzi, towarzysząc w codziennych trudach i zmaganiach z szarą rzeczywistością.
Jednak jedno z najbardziej specjalnych miejsc japońska motoryzacja zajmuje w sercach fanów rajdów. Setki godzin spędzone na graniu w Collina McRae czy oglądaniu transmisji z wyścigów utrwaliły w głowach wielu dzieciaków epicki, wręcz boski obraz aut takich jak Subaru Impreza i Legacy, Toyota Corolla czy Mitsubishi Lancer Evo. A wszystko to po to, by później ekscytować się na widok jednego z tych samochodów zobaczonego na drodze w swojej lokalnej dziurze. Ekscytować tak mocno, jak by to była faktycznie rajdówka która przed chwilą zjechała z os-u, a za kierownicą siedział Krzysztof Hołowczyc.
Skupić się jednak chciałbym tylko na jednym z tych samochodów, tym, który zapadł w pamięć niesłyszanym do tej pory nigdy dźwiękiem, pędzącym po OS-ach jak York rzucający się na owczarka niemieckiego, bo paniusia była zbyt mocno zajęta urządzaniem tysiąc pięćsetnej sesji zdjęciowej swojemu bombelkowi. Jednak Subaru Impreza, bo o niej mowa, nie kończyła jak pupil Karyny – Colin McRae swoim poczynaniami dowiódł wytrzymałości i niezawodności japońskiej konstrukcji kończąc odcinek o własnych siłach. I to mimo niejednokrotnego dachowania wynikającego z przeliczenia o odrobinę prędkości wejścia w zakręt.

Impreza, która okazała się być godnym następcą Legacy, w rękach Colina stała się niezatrzymaną maszyną do szalenie szybkiego kończenia odcinków, nawet po wypadnięciu z trasy i zbieżnością skopaną bardziej niż program nauczania w polskiej podstawówce. Jej legendarny design i legendarny kierowca wypracowały sobie legendę, która głośnym echem niesie się do dziś.
Bo choć od premiery pierwszej Imprezy minęło już niemalże 30 lat, jej legenda nie została obalona a fani motoryzacji nadal darzą ją szacunkiem. I tak, wiemy że “ruda” tańczy w tylnych nadkolach jak szalona zostawiając dziury wielkości pięści. Wiadomo również, że w co bardziej zmęczonych życiem egzemplarzach panewka zastuka donośniej niż komornik do alimenciarza-alkoholika. Ale mimo to najwięksi miłośnicy marki wkładają w nie swoje serca i pensje by utrzymać je przy życiu. No bo na kim nie robi wrażenia prowadzenie się Imprezy, setka w sześć sekund i możliwość wyciągania beemiarzy z rowów zimą, gdy spadnie choć odrobina śniegu? Tym samochodem japończycy udowodnili swoją biegłość i niezwykły poziom inżynierii, niedościgniony przez lata przez inne koncerny motoryzacyjne.
Dlatego wsiadając nocą do Corolli czy widząc kolejnego E3-śmiecia w rowie pamiętajmy o tym, jakich rzeczy dokonano już 30 lat temu i nie dajmy sobie wcisnąć bezdusznych aut z elektronicznymi przepustnicami, pięcioma katalizatorami i wahaczach na podwójnych gumach – idźmy zgodnie z ewolucją naprzód, nie w tył, i doceniajmy auta które pracują na swoją legendę. A choć praca ta nie jest łatwa, bo poprzeczka została zawieszona prze poprzedników całkiem wysoko, to myślę że ta miłość od fanów dobrych samochodów wynagrodzi producentom i inżynierom ich starania.

