Uncategorized

5 najlepszych rapowych płyt 2025 roku

2025 rok dobiegł końca. Osobom śledzącym polską scenę rapu minione dwanaście miesięcy będzie się kojarzyć przede wszystkim z kryzysem mainstreamu. Część topowych artystów postawiła na ciszę wydawniczą, wypuszczając co najwyżej luźne single, a inni, jak chociażby Pezet, Schafter, Young Igi czy White 2115, zawiedli fanów, wypuszczając najsłabsze albumy w karierze (według średnich ocen ze strony rateyourmusic.com). Zapaść głównego rapowego nurtu nie oznacza jednak, że w 2025 roku nie wychodziły dobre płyty. A skoro przełom grudnia i stycznia bywa czasem podsumowań, to również ja postanowiłem wypowiedzieć się w podobnym tonie, przygotowując subiektywne zestawienie pięciu najlepszych albumów rapowych minionego roku.

  1. Biak – „Chwasty”

W 2024 roku Biak powrócił do rapowania z przytupem, wydając genialny „Jasny Obraz Ciemnych Czasów”. Album stworzony we współpracy z producentem Qzynem spotkał się z niezwykle pozytywnym odbiorem, dzięki czemu już teraz zasługuje na miano podziemnego klasyka. Tym razem śląski raper nie kazał nam długo czekać na kolejną porcję muzyki i już w lutym uraczył nas projektem „Chwasty”. Album składa się z zaledwie siedmiu utworów, co pozbawia słuchacza poczucia przesytu i czyni ten minialbum łatwym do przyswojenia w całości.

Stylistycznie nie ma tu oczywiście niczego nowego w stosunku do „JOCC”. Biak po raz kolejny postawił na brudny, oldschoolowy styl, czyli to, w czym czuje się jak ryba w wodzie. Warstwa muzyczna idealnie współgra z tekstami, w których raper opowiada o dawnych problemach życiowych: o trudach wejścia w dorosłość, alkoholizmie i problemach psychicznych. Słychać przy tym, że mamy do czynienia z prawie 40-letnim mężczyzną, który stanął na nogi i potrafi opowiadać o demonach przeszłości w niezwykle dojrzały, a przy tym autentyczny i obrazowy sposób. Całość doprawia wylewająca się z każdej zwrotki charyzma, której mógłby mu pozazdrościć niejeden hip-hopowy weteran. Słuchając rapu Biaka, słyszymy, że przemawia do nas prawdziwy pan raper, a nie losowy dresiarz ze śląskiego osiedla.

„Chwasty” nie są być może projektem o wyjątkowo wysokim replay value, a charakterystyczny ponury klimat też nie podpasuje każdemu. Mimo to, uważam, że jak najbardziej zasługują na umieszczenie w gronie najlepszych albumów 2025 roku.

  1. Kosma Król – „Polot”

Lekkość, swoboda w sposobie rozumowania, myślenia, wypowiadania się, często z nutą błyskotliwości i finezji. To słownikowa definicja słowa „polot”, będąca jednoczesnym idealnym opisem rapu na najnowszym albumie Kosmy Króla. 22-letni artysta z warszawskiego Żoliborza zachwyca przede wszystkim niespotykaną jak na debiutanta umiejętnością składania dobrze brzmiących wielokrotnych rymów. Objawia się to już w pierwszej zwrotce w otwierającym ten album utworze „180”, gdzie rymuje się prawie każde słowo. Co ważne, Kosmie udaje się uniknąć tego, co przez długi czas zarzucało się m.in. Eripe, czyli pisania „od linijki” odbijającego się negatywnie na brzmieniu samego rapu. Młody raper sprawnie bawi się flow, często zmieniając sposób rapowania oraz umieszczając rymy w nieoczywistych miejscach. Pod tym kątem wypada on wręcz wybitnie na tle innych reprezentantów nurtu tzw. matcha rapu, takich jak Hubert. czy duet BSK. Finezję oraz tytułowy polot słychać również w podejściu Kosmy do tworzenia refrenów. Błyskawicznie zapadają one w pamięć i aż chce się do nich wracać, nawet pomimo faktu, że żaden z nich nie jest w stu procentach śpiewany. Na specjalne wyróżnienie zasługują „Greenpoint”, „W drodze na rap”, „Tom i Jerry”, „Poukładaćwyraz” oraz „180”, w którym ogromną robotę robi świetny, boom-bapowy podkład Kacpra Kanii.

Oczywiście nie jest tak, że „Polot” to album pozbawiony jakichkolwiek wad. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, skupiłbym się na lekkim niedoborze treści. Oczywiście pojawia się tu kilka utworów o wyraźnie określonej tematyce, jednak większość tekstów, chociaż broni się techniką, przypomina bardziej zlepek wersów, które na pozór mają ze sobą jakiś związek, ale w praktyce nie tworzą żadnej spójnej historii. Mimo wszystko albumu słucha się świetnie, a 50 minut zlatuje w tym przypadku niczym kwadrans. Jeżeli Kosma Król nie zboczy z obranej przez siebie ścieżki, w niedługim czasie może zrobić się o nim zrobić jeszcze głośniej.

  1. AG/lohleq – „Let’s Dance Mixtape”

AG był do tej pory kojarzony głównie z gościnnymi występami na albumach Asstera. Wypadał wówczas poprawnie, lecz nie wyróżniał się na tyle, aby można było oczekiwać, że w niedalekiej przeszłości będzie o nim głośno. Ostatnio w karierze łódzkiego rapera nastąpił jednak przełom. Współpracę z AG nawiązał bowiem lohleq, czyli producent znany przede wszystkim z kooperacji z Otsochodzi przy podwójnie platynowym albumie „TTHE GRIND”. Wydany w maju projekt tego duetu – mixtape zatytułowany „LET’S DANCE” – brzmi jak kontynuacja wspomnianego „TTHE GRIND”, a to tylko jedna z jego zalet.

Na początek trzeba ustalić jedną rzecz. To zdecydowanie nie jest płyta dla osób uważających, że rap musi mieć głęboki przekaz, a raper powinien uczyć nas, jak mamy żyć. Mało tego, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że większość tekstów została tu wymyślona na wolno, już po wejściu do studia. Tym, co wyróżnia AG nie jest więc przekaz, ale młodzieńczy luz oraz energia, którą raper atakuje słuchaczy w niemal każdej zwrotce. Jest tak chociażby w tytułowym „Let’s Dance” zasługującym na ocenę 10/10 w kategorii „banger”. AG potrafi także tworzyć niezwykle chwytliwe i łatwo zapamiętywane refreny. Wróciłem do tego mixtape’u tydzień temu, a „Styl poppin” i „7 tester” nadal nie mogą wydostać się z mojej głowy.

Przyczepić można się jedynie do występów gości. Ani Asster, ani w szczególności Gedz, nie wydają się specjalnie potrzebni i na tle mniej doświadczonego gospodarza wypadają po prostu blado. Podobne wrażenie można odnieść przy gościnnym udziale Vkie’ego, którego zwrotka brzmi jakby została doklejona na siłę. O dziwo, najlepiej spośród wszystkich gości wypada Macias ze składu White Widow, który, występując bez znacznie mniej utalentowanych kolegów z zespołu, wreszcie pokazał, na co go stać.

  1. Żabson – „Hollywood Smile”

W ostatnich latach raper z Opoczna przeżywał niezwykle trudny czas. Projekty „Amfisbena” (w duecie z Young Igim), hucznie zapowiadany „Ostatni Ziomal” oraz eksperymentalny minialbum „Macrodosing” spotkały się z negatywnym odbiorem słuchaczy, spychając Żabsona na muzyczny margines. Przy okazji świętowania dziesięciolecia kariery raper postanowił wylecieć do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu nowych inspiracji. Efektem tej podróży stał się nowy album, na którym po raz pierwszy od dawna słychać u Żabsona zajawkę i radość z tworzenia muzyki. „Hollywood Smile” można spokojnie nazwać projektem kompletnym. Ciągłe zabawy głosem i zmiany tempa perfekcyjnie współgrają z energicznymi, trapowymi podkładami, dzięki czemu każdego z piętnastu utworów można słuchać niemalże w nieskończoność.

Mimo że trap to podgatunek, w którym artyści z reguły nie przykładają ogromnej wagi do tekstu, Żabson był w stanie zawrzeć na płycie kilka tematycznych kawałków. Pod tym względem wyróżnia się chociażby  „Tornado” opisujące zarówno pozytywne, jak i negatywne aspekty sławy. Na plus działa także dobór gości. „Hollywood Smile” nie zawiera ani jednej zwrotki polskiego artysty (oczywiście poza samym Żabsonem). Zamiast nich gościnnie udzielił się duet Homixide Gang oraz przedstawiciel amerykańskiego podziemia – Fre$H. Nie dość, że pokazuje to niezależność i samowystarczalność Żabsona, to jeszcze pozwala słuchaczowi lepiej wczuć się w amerykański klimat płyty.

12 grudnia premierę miała rozszerzona wersja albumu, wzbogacona o aż dziewięć dodatkowych utworów. Na jednym z nich gościnnie udzielił się Wiz Khalifa, czyli jeden z idoli i pierwszych muzycznych inspiracji Żabsona. Kto wie, być może to dopiero początek i 2026 rok okaże się dla polskiego rapera rokiem podboju zagranicznego rynku?

  1. Gruby Mielzky/The Returners – „Zaraz Wracam”

Czy w obecnych czasach, kiedy do głosu zaczyna dochodzić kolejne pokolenie młodych i świeżych artystów, a rap coraz częściej miesza się z popem, przedstawiciel starej szkoły jest jeszcze w stanie wydać album roku? Gruby Mielzky postanowił pokazać, że jak najbardziej. Reprezentant trójmiejskiej sceny powrócił po czterech latach przerwy od solowej działalności, przypominając nam, o co pierwotnie chodziło w tym całym hip-hopie.

„Zaraz Wracam” to projekt niezwykle emocjonalny, przepełniony refleksjami dojrzałego już rapera na temat wydarzeń z przeszłości. Już pierwsze wersy w otwierającym tę EP-kę „Może mogłem” chwytają za serce, a w kolejnych zwrotkach tempo nie zwalnia nawet na moment. Mamy tu też utwór „Statyw”, w którym Mielzky w bardzo zgrabny sposób opisuje swoje muzyczne początki czy kapitalne „CMTB”, o którym spokojnie można dyskutować w kategoriach singla roku. Na dobrą sprawę można by się rozpływać nad każdym z sześciu kawałków wchodzących w skład EP-ki, gdyż żaden z nich nie schodzi poniżej absolutnie wybitnego poziomu.

„Zaraz Wracam” nie byłoby jednak tak genialne, gdyby nie praca duetu producenckiego The Returners. DJ Chwiał i Little współpracują z Mielzkym od wielu lat, dlatego idealnie wiedzą, jak wydobyć z rapera to, co najlepsze. Tym razem postawili na bardziej melancholijne podkłady, rezygnując z donośnej, „tłukącej” perkusji, którą mogliśmy usłyszeć na większości wcześniejszych projektów z ich udziałem. Dzięki temu muzyka nie tylko nie przytłacza, a wręcz idealnie współgra z raperem, zostawiając mu przestrzeń do zaprezentowania słuchaczom swoich przemyśleń.

Wszystko to, od charyzmy Mielzkiego, przez dojrzałe i wybitnie napisane teksty, po produkcję oraz dobór gości, składa się na obraz albumu idealnego. Jeżeli należysz do grona ludzi twierdzących, że na scenie nie ma już raperów z krwi i kości, a prawdziwy hip-hop skończył się w 2010 roku, koniecznie zapoznaj się z tą płytą!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *