To przez nich skoki narciarskie umierają na naszych oczach!
Przełom XX i XXI wieku był dla skoków narciarskich okresem największej świetności. Tylko w Polsce konkursy z udziałem Adama Małysza potrafiły przyciągać przed telewizory po kilkanaście, a nawet ponad 20 milionów widzów. Dzięki swojej prostocie oraz pierwiastkowi czegoś ekstremalnego, niedostępnego dla zwykłych ludzi, sport ten posiadał także ogromną widownię w wielu innych krajach Europy, a nawet w dalekiej Japonii, która w drugiej połowie lat 90. przeżywała swoją złotą erę. Wszystko to jest obecnie tylko melodią przeszłości. Skoki narciarskie przestały być atrakcyjne dla przeciętnego widza, a najsmutniejsze jest to, że nie za bardzo widzimy perspektywę na poprawę tego stanu rzeczy. Z czego to wszystko wynika i kto za to odpowiada?
Bajki o Maracanie i Dubaju, czyli wesoły cyrk Sandro Pertile
Istnieje takie piękne polskie przysłowie „ryba psuje się od głowy” oznaczające, że do upadku jakiejś instytucji w pierwszej kolejności doprowadzają ludzie będący na szczycie jej hierarchii. Idealnym przykładem takiego zjawiska są skoki narciarskie, w których najważniejsze decyzje podejmują ludzie o wątpliwych kompetencjach. Zacznijmy od dyrektora Pucharu Świata – Sandro Pertile, który bardzo chętnie opowiada w mediach o zamiarach podboju świata i otwieraniu skoków na nowe rynki. Według jego wizji już wkrótce będziemy skakać na mobilnych skoczniach w Dubaju albo na Maracanie. Ktoś może powiedzieć, że Maracana jest przecież tylko metaforą, a Włochowi chodzi tak naprawdę o ekspansję skoków tam, gdzie jest to realne. Być może to prawda. Sprawdźmy więc, jak mu to wychodzi.
Kilka dni temu opublikowane zostały propozycje kalendarzy na przyszły sezon Pucharu Świata i Letniego Grand Prix. Kalendarze tak bazowe i pozbawione nieoczekiwanych, ciekawych lokalizacji, że mógłby je wygenerować Chat GPT. Całość ogranicza się do paru konkursów w Niemczech, Austrii, Polsce i Skandynawii, do tego pojedynczy weekend w japońskim Sapporo i na koniec Planica – nic odkrywczego. Cieszyć może w zasadzie tylko powrót amerykańskiego Lake Placid po rocznej przerwie. A przecież jeszcze nie tak dawno temu zawody odbywały się w Czechach, Kanadzie czy Rumunii. Koreańczycy, Chińczycy czy Włosi dopiero co wybudowali za wielkie pieniądze piękne i nowoczesne kompleksy skoczni. Skoki mają tyle możliwości, a zamiast chociaż spróbować z nich skorzystać, idą na łatwiznę, ograniczając się do tych samych oklepanych, lokalizacji. W taki sposób nie da się zbudować marki globalnego sportu. Panie Pertile, jak to wszystko ma się to do Pana bajek o podboju nowych rynków?
Noty „za styl”, ale czy na pewno?
Poza punktami za osiągniętą odległość, każdy zawodnik otrzymuje także noty za styl. Pięciu sędziów obserwuje poszczególne skoki, przyznając zawodnikom od 1 do 20 punktów. Ocenie podlega sylwetka w locie, lądowanie oraz odjazd. Tak wygląda to tylko na papierze, bo w praktyce coraz więcej kibiców zastanawia się, czy noty za styl w obecnej formule mają jeszcze jakikolwiek sens. Właśnie, noty za styl, chociaż w praktyce często są to punkty przyznawane w pierwszej kolejności za odległość i nazwisko. Zawodnik pokroju Stefana Krafta czy Jana Hoerla może nawet wylądować brzydko, ale i tak dostanie dużo lepsze oceny niż przykładowy Kazach, który leciał i wylądował nienagannie, tylko że 20 metrów bliżej. Do tego dochodzi fakt, że widok sędziów na to, co robią zawodnicy, jest po prostu ograniczony. Rodzi to sytuacje absurdalne, jak ta sprzed paru lat z Garmisch Partenkirchen, kiedy niemiecki sędzia przyznał 18 punktów zarówno Kobayashiemu lądującemu telemarkiem, jak i Eisenbichlerowi, który ledwo wyratował się przed upadkiem. W czasach, gdy poziom jest niezwykle wyrównany, a o zwycięstwie decydują dziesiąte części punktu, takie wpadki potrafią oburzyć i zniechęcić nawet najbardziej zaangażowanego widza, nie mówiąc już nawet o „niedzielnych” fanach.
Sprawiedliwiej nie znaczy lepiej
Następny, niezwykle ważny czynnik doprowadzający skoki do upadku to coraz bardziej zagmatwane zasady. W końcu od zawsze było tak, że największą widownię przyciągały dyscypliny proste. W piłce nożnej czy koszykówce wygrywa zespół, który więcej razy trafi piłką do celu. W Formule 1 zwycięzcą zawsze jest pierwszy zawodnik na mecie. Przez długi czas skoki również były czymś takim. Wygrywał zawodnik, który skoczył najdalej i w najładniejszym stylu. Obecnie jest to już wyższa matematyka.
W zależności od kierunku i prędkości wiatru, zawodnicy otrzymują dodatnie i ujemne punkty. Do tego w przypadku nagłej zmiany warunków sędziowie mogą wydłużyć bądź skrócić długość najazdu na próg, za co również są przyznawane punkty. Nie można powiedzieć, że nie ma to swoich plusów. W końcu dawniej, gdy zmiana pogody wymuszała na sędziach skrócenie bądź wydłużenie najazdu, wszyscy musieli skakać od nowa. Ponadto punkty za wiatr sprawiły, że zawody są mimo wszystko bardziej sprawiedliwe i obecnie obserwujemy znacznie mniej zwycięzców z przypadku. Cały ten system rekompensat sprawił jednak, że skoki zatraciły swoją wspomnianą już wyżej prostotę. System, który miał wyeliminować loterię i konkursy ciągnące się godzinami, w rękach niekompetentnych ludzi stał się narzędziem do jeszcze większego wypaczania sensu zawodów. Delegaci techniczni odpowiadający za długość najazdu sprawiają wrażenie jakby nie wiedzieli, co robią. Kiedyś konkursy były prawdziwą walką na odległości i rekordy, a obecnie każdy nieco dłuższy lot oznacza obniżenie belki i w konsekwencji krótsze skoki. Wśród największych parodystów wśród delegatów należy wymienić Aljosę Dolhara, który w ostatni weekend zafundował nam wątpliwej jakości widowisko w Oberstdorfie (0 skoków za rozmiar skoczni), Ivo Gregera, który co roku zabija nam radość z oglądania lotów w Planicy, czy Jelko Grosa, który będzie pełnić tę funkcje podczas nadchodzących igrzysk olimpijskich.
Jakby tego było mało, rekompensaty za wiatr i belkę często nie oddają faktycznej korzyści lub straty poniesionej przez zawodnika. W efekcie rywalizacja staje się zdestabilizowana i coraz rzadziej wygrywa ten, który faktycznie skakał najdalej. Najbardziej jaskrawy przykład to mistrzostwa świata w lotach w Vikersund w 2022 roku. Timi Zajc osiągnął łącznie 26 metrów więcej niż Marius Lindvik, ale bonusy za wiatr i obniżone belki dały złoty medal Lindvikowi. Nie jest to oczywiście pojedynczy przypadek, bo podobne sytuacje zdarzały się już nawet w obecnym sezonie.
Widmo upadku totalnego
Wszystko to, od niekompetentnych ludzi na najwyższych stołkach, po zasady stające się coraz bardziej niejasne dla kibiców, tworzy nam obraz dyscypliny konającej. Już teraz Międzynarodowy Komitet Olimpijski postanowił ograniczyć liczbę skoczków biorących udział w igrzyskach do zaledwie pięćdziesięciu. Jeśli kondycja tego sportu nie ulegnie poprawie, skokom może zacząć grozić całkowite wykreślenie z programu. To byłby już dla tej dyscypliny gwóźdź do trumny wieńczący jej upadek i zepchnięcie do totalnej niszy. Jako wieloletni pasjonat, z całego serca liczę na to, że ta negatywna tendencja zacznie się odwracać, jednak umówmy się, na ten moment niewiele na to wskazuje…

