„The Long Walk” – recenzja filmu
Napisana przez Stephana Kinga w 1979 roku powieść “The Long Walk” doczekała się wyczekiwanej przez wielu adaptacji filmowej. Gdzie światowa premiera odbyła się 12 września 2025 roku, do polskich kin trafił on dopiero siedem dni później, 19 września.
Wyreżyserowany przez Francis’a Lawrenc’a, który również do swojego imienia ma przypisane wszystkie cztery części “Igrzysk Śmierci”, idealnie ujmuje odczucie dystopijnego horroru. Film ma miejsce w alternatywnych Stanach Zjednoczonych, przypominających erę po wojennego Wietnamu. Zabieg ten nie był przypadkowy, ponieważ sam autor, pisał ją w czasie, gdy obywatele dookoła niego byli powoływani do wojska. Powieść, wtedy wydana jeszcze pod fałszywym pseudonimem (Richard Bachman), miała na celu pokazanie nieludzkiej rzeczywistości z jaką młodzi ludzie musieli się zmierzyć.
O czym jest “The Long Walk”?
Trwający 108 minut film podąża za grupą pięćdziesięciu młodych mężczyzn, po jednym z każdego stanu, każdy wybrany poprzez losowanie. W ramach patriotycznego wydarzenia na rzecz rocznicy zakończenia wojny, muszą iść przed siebie, aż nie zostanie tylko jeden z nich. Ich celem jest przejście długiej, pustej drogi; muszą iść pewnie, jednak powoli, nigdy nie zwalniając poniżej 5 kilometrów na godzinę. Zwycięzca dostaje nagrodę w postaci jednego życzenia, bez restrykcji. Wydarzenie to powstało w dziwnej próbie podniesienia morali oraz zwalczenia tak zwanej “epidemii lenistwa”.
Wśród odważnych uczestników znajdują się Ray (Cooper Hoffman), którego motywacja ma trochę inne korzenie niż reszta uczestników oraz Peter (David Jonsson). Możemy również poznać różne poboczne, jednak równie urzekające swoją prawdziwością postacie. Wśród nich jest dowcipny Hank (Ben Wang); optymistyczny Art (Tut Nyuot), samotny Stebbins (Garrett Wareing); wściekły Barkovitch (Charlie Plummer).
Podczas gdy podążamy za bohaterami, którzy walczą ze snem, wyczerpaniem i pogodą, “The Long Walk” staje się bardziej kwestią podróży niż celu. Operatorka Jo Williams prowadzi ich pozornie niekończącą się drogą, podczas gdy grający przez Marka Hamill’a Burmistrz krzyczy na nich spośród chmary żołnierzy.

Film ten nie jest horrorem w tradycyjnym znaczeniu; groza bierze się z narastającego, przyspieszonego wyczerpania, które odczuwa każdy z naszych bohaterów, gdy każde kolejne potknięcie lub przeszkoda stawia ich w sytuacji, w której natychmiast umierają. Same śmierci są brutalne – czaszki rozrywane siłą kul, nogi miażdżone przez gąsienice czołgów. Spektakl tej nieuniknionej przemocy pozostaje w pamięci dręcząc widza, zwłaszcza gdy widzimy pogodzonych ze swoim losem młodych mężczyzn, którzy próbują wszelkimi siłami zachować resztkę człowieczeństwa.

